poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Test Turinga a relacje

Czy słyszeliście kiedyś o teście Turinga?
Jeśli nie, a lubicie ciekawostki, to z pewnością Was on zainteresuje.
Test Turinga to sposób określania zdolności maszyny do posługiwania się językiem naturalnym i pośrednio mającym dowodzić opanowania przez nią umiejętności myślenia w sposób podobny do ludzkiego.
Test wygląda w ten sposób, że sędzia – człowiek – prowadzi rozmowę w języku naturalnym z pozostałymi stronami. Jeśli sędzia nie jest w stanie wiarygodnie określić, czy któraś ze stron jest maszyną czy człowiekiem, wtedy mówi się, że maszyna przeszła test. Zakłada się, że zarówno człowiek, jak i maszyna próbują przejść test zachowując się w sposób możliwie zbliżony do ludzkiego.
Czytając o tym przyszła mi do głowy pokrętna myśl, że taki test przydałby się do sprawdzenia kondycji długoletnich związków.
Skąd w ogóle taki pomysł?
Na wstępie Treningu Bliskości z parami lub pracy coachingowej osobami w długotrwałej relacji zadaję pytanie  - Kiedy ostatnio rozmawialiście?
Najczęściej początkowo uzyskuję odpowiedź, że niedawno, dziś lub wczoraj. Kiedy jednak wyjaśniam, że mam na myśli rozmowę która jest wymianą myśli a nie bieżących komunikatów domowych okazuje się, że często moi rozmówcy nie pamiętają.
Często się zdarza, że w codziennej pogoni przestajemy ze sobą rozmawiać, że przestajemy być siebie ciekawi, przestajemy aktywnie słuchać. Skutkuje to sytuacją, że zaczynamy zachowywać się trochę jak boty nastawione na automatyczne procedury wymiany informacji.


Zastanów się teraz, kiedy ostatnio Twój partner Cię zainteresował? A teraz pomyśl kiedy to Ty powiedziałaś mu coś ciekawego, unikalnego?
Nie pamiętasz? W takim razie oblaliście test. Jeśli zależy Ci na Waszej relacji koniecznie musicie to zmienić. Na początek proponuję Ci wyznaczyć sobie jako cel choćby 10 minut dziennie kiedy porozmawiacie na tematy zupełnie nie związane z Waszą codziennością.

Jeśli nie macie na razie pomysłu na rozmowę, możecie skorzystać z pytań Dr Arthura Arona, np. poniższych:

  1. Gdybyś mógł/mogła zaprosić do siebie na obiad kogokolwiek na świecie, kogo byś wybrał/wybrała?
  2. Gdybyś mogła/mógł dożyć do dziewięćdziesiątki, zachowując umysł lub ciało trzydziestolatka przez ostatnie 60 lat, co byś wybrała/wybrał?
  3. Za co czujesz się najbardziej wdzięczna/wdzięczny w swoim życiu?
  4. Co byś zmienił/zmieniła w tym, jak byłeś/byłaś wychowany/wychowana?
  5. Gdybyś mógł/mogła obudzić się jutro rano z jakąś nową cechą lub umiejętnością, czym by ona była?


niedziela, 10 lipca 2016

Ojcostwo a "Fight Club" cz. - II

Kiedy dorastałem, lata dziewięćdziesiąte szły już pełną parą. PRL pamiętałem nieźle jednak, czas ten nie kontrastował jeszcze dramatycznie z tym co widziałem dokoła.
Nowe smaki, zapachy, kolory – były czymś na pewno ciekawym, interesującym i przykuwającym uwagę, a jednak skłamałbym mówiąc, że było mi wtedy dużo lepiej niż przed ’89 rokiem.
Aczkolwiek, na pewno – sporo się działo wokół mnie.
Jedna ze zmian była jednak szczególna.
Zniknął mój ojciec.
Nie tak naprawdę. Raczej … Metaforycznie. Znikał ratalnie i po kawałku.
Oczywiście jeździliśmy na wieś do dziadków, razem chodziliśmy na niedzielną mszę, jedliśmy wspólnie kolacje, mieszkaliśmy razem, lecz wyraźnie rzadziej był w domu popołudniami. W soboty też gdzieś jechał, coś robił.
Lodówka była zawsze pełna. Nie chodziliśmy w dziurawych lub brudnych ubraniach, a jednak … częściej widziałem mamę niż tatę.
Trudno mi dziś powiedzieć czy mi go brakowało BARDZO czy po prostu żałowałem że go nie ma.
Bo jakby był, to by było fajnie.
Nie wiem.
Ale czułem różnicę.
Wiedząc dziś to co wiem o sobie (z psychologicznego, pedagogicznego i rozwojowego punktu widzenia), mam świadomość że mając częściej obok siebie ojca, oraz mogąc częściej obserwować go w codziennych życiowych rolach, byłbym dziś innym człowiekiem.
Może lepszym.
Może gorszym.
Zdecydowanie jednak, byłym innym człowiekiem i miał inne życie.
A piszę o tym bo …
Historia zatoczyła koło. To co jest naszym doświadczeniem w dzieciństwie, staje się często kontrapunktem do tego jacy myślimy, że będziemy w przyszłości.
Wmawiałem sobie i ja, że „ ... kiedyś będę INNY jako ojciec, że... będę BARDZIEJ się starał, że DAM WIĘCEJ czasu swoim córkom i synom. 100% uwagi – kiedy będą blisko. A kiedy będą daleko, zawsze będę o nich pamiętał i opiekował się nimi”
Życie zweryfikowało dziecięce założenia.
No bo jak mamy być inni, lub radzić sobie lepiej skoro nasiąkamy nawykami, przyzwyczajeniami i odruchami naszego otoczenia. Również tego brakującego – szukamy bowiem wtedy zastępczych wzorców.
Patrząc na swoje dzieciństwo dziś, zaskakująco wiele pamiętam zawiedzionych nadziei, niedotrzymanych obietnic i odebranych nagród.
Bo nie tylko „wczorajsze” ale również, współczesne ojcostwo, to o wiele, wiele, więcej niż tylko zabawa, uśmiechy i przytulanie.
Teraz dodatkowo patrzę na to co było i jest z nowej perspektywy, będąc też w nowej roli a nawet – nowych rolach.
Dzisiaj ojciec nie jest tylko, jedynie, a nawet głównie rodzicem. Jest zlepkiem społecznych oczekiwań, mody w zakresie wychowania i rozwoju, sługą pogoni za sukcesem i ciągłym progresem, oraz tradycyjnym postrzeganiem – głowy rodziny, złotej rączki i ogólnie, samca Alfa.
Serio – znam takich.
A do tego wszystkiego jest gdzieś tam, głęboko schowany własny instynkt. Który już nie wie czy się odzywać, czy nie i w ogóle to chyba nie ma racji itd.
Ładnie ilustruje to pewna scena. Pewna szczególna scena z filmu „Fight Club” - rozmowa dwóch głównych bohaterów o ojcach, ich roli i wyborach których dokonujemy.



Czy faktycznie dzisiejsi faceci są wychowywani przez kobiety i wiecznie nieobecnych ojców?
Pomyślmy – spójrzmy na nasze rodziny, naszych znajomych.
Moje życie pełne jest codziennych, błahych mogłoby się wydawać , rytuałach – kładzenie spać chłopaków, lub wspólny obiad, albo koszenie trawy czy podlewanie kwiatów i krzewów.
Nuda, powtarzalność i przewidywalność.
A może Efekt Ekspozycji w czystej postaci?

Jak można oczekiwać jakości, bez ilości?
A ilości nie będzie i nie może być kiedy staramy się zachwycić, zadowolić i zaimponować wszystkim.
A przynajmniej sporej liczbie otaczających nas osób.
Ile umyka nam bezpowrotnie, np. kluczowych momentów? Ile tracimy chcąc być DOSKONAŁYMI?
Co do w ogóle znaczy; doskonały, czy idealny rodzic?
Perfekcyjny ojciec?
Czy to aby nie oksymoron?
Bo podejrzewam z każdym kolejnym dniem, kiedy mam obok siebie moich synów, że coś takiego jak ideał czy perfekcja w tej dziedzinie, nie istnieje.
Co więcej – błędy, które popełniamy (głównie w naszym mniemaniu) to nic innego jak błędy w oczach innych dorosłych.

A dziecko?



Dziecko uczy się również wtedy kiedy widzi nas sfrustrowanych, złych, smutnych i zagubionych.
Uczy się że to ludzkie.
Dajmy mu szanse, by mogło wynieść z dzieciństwa, trochę więcej niż tylko wspomnienie bajek, klocków Lego czy gier na konsoli.
Bądźmy wzorem dla dzieci, niech uczą się na naszym przykładzie. Przez wspólną zabawę pokazujmy im zasady współpracy, rywalizacji i … jak smakuje porażka.
Grajmy z nimi – czy w piłkę, czy w kręgle, czy w gry planszowe.
Pozwólmy by wchodziło w interakcje z innymi dziećmi – nie uczmy go, że najlepiej mieć swoje zabawki, bo wtedy nikt nic mu nie zbierze. Niech dzieli się tym co ma i w ten sposób nauczy się ufać ludziom, lub ten kredyt zaufania zmniejszać jeśli go zawiodą.
Internet i telewizja nas nie wyręczą.
Jednocześnie - dbaj o siebie, swoje zdrowie, kondycje i wygląd.
Niemożliwe?
Możliwe.
Jest jeden haczyk.
Zgadniecie jaki?

To bycie Tu i Teraz. Teraźniejszość.
Kiedy coś robicie w pracy, nie myślcie o domu, czy wyjeździe na ryby.
Kiedy jesteście na meczu z kolegami i „ładujecie baterie” to ograniczcie myśli o pracy, czy zastanawianie się jak jest w domu teraz.
Kiedy masz popołudnie na placu zabaw z dziećmi to wycisz telefon, nie sprawdzaj Facebooka’a, baw się z nimi, słuchaj ich i zwracaj uwagę na detale tego robi twoje dziecko.
Masz dzięki temu szansę, aby w przyszłości nie dziwić się „Kiedy on się taki stał?” „ Od kiedy ona tak się zachowuje?”.

Co więc teraz zrobić?

Usiądź w spokojnym miejscu, aby przez 10-15 minut nic i nikt ci nie przeszkadzało.
Weź kartkę i wypisz (uczciwie) co w ciągu ostatnich dwóch tygodni zrobiłeś ze swoim dzieckiem?
Potem przypomnij sobie jak się wtedy czułeś i o czym myślałeś?
Teraz czas na zastanowienie się, jak chcesz aby wyglądał wasz wspólny czas i co wpłynie na poprawę jakości tych chwil, twoim zdaniem?
Weź kalendarz i zaplanuj sobie czas z wyprzedzeniem, pamiętając przy tym, że różnie może się dziać (atak kosmitów, powódź czy trzęsienie ziemi), ale twoje dziecko ma priorytet.
I dopóki dosłownie NIE WALI SIĘ – bądź z nim lub nią.
Skupiony i obecny, nie spoglądając na zegarek.



Pierwszą część znajdziesz pod poniższym linkiem:

Ojcostwo a „Efekt Motyla” – cz. I

czwartek, 23 czerwca 2016

Ojcostwo a „Efekt Motyla” – cz. I

Mój organizer, już od dawna przypominał mi o tym że 23.06.2016 jest Dzień Ojca.
Od paru lat, ja również piastuję tę funkcję wobec swoich synów, więc trudno mi z tej okazji, nie pomyśleć o tym jakim ojcem jestem dla nich.
Chciałem napisać esencjonalnie. Wyszło jak zwykle. Nie może być jednak inaczej, skoro myśląc „Ojcostwo” czy szerzej „rodzicielstwo” widzę pędzące stado wspomnień, myśli i dźwięków z których spora część, pozornie się wyklucza.
Internet aż huczy od artykułów, pt. „Jak być dobrym ojcem” albo „Nowoczesny ojciec – jak pogodzić rodzicielstwo i partnerstwo z karierą” i tym podobne dlatego nie będę was pouczał czy dawał dobrych rad. Zamierzam wykorzystać te wpisy, aby podzielić się z Wami, moim spojrzeniem na to, co jeszcze parę lat temu było raczej tematem niewybrednych żartów. Żartów czy sarkastycznych lub skrajnie wyidealizowanych komentarzy, dotyczących nieodgadnionej wtedy przyszłości, a nie tematem jakiejś płytkiej chociaż, refleksji nad sobą czy własną rodziną.
A że najlepiej zacząć od początku, to tak zrobimy dzisiaj.
Kiedy byłem bardzo młody, myśląc o tym że kiedyś też będę ojcem (techniczne zagadnienia wtedy nie do końca były dla m nie jasne, lecz same założenie, Kobieta + Mężczyzna = Dziecko, było dość oczywiste i zrozumiałe) widziałem siebie jako ojca idealnego.
Mającego zawsze czas dla dziecka, z którym będę się bawił i którego zawsze wysłucham.
Widząc w tym obrazie swoje dziecko, widziałem kogoś posłusznego, sprytnego i odważnego – kto będzie moją małą (lepszą) wersją.
Patrzyłem przecież na swojego Ojca i innych ojców odkąd pamiętam, więc materiał porównawczy i punkt odniesienia miałem niezły – a że siebie znałem też nieźle, to wszystko było dosyć spójne.
Jak na tamten czas oczywiście.
Bo to właśnie patrząc na swojego tatę, jego zachowanie wobec mnie, mamy, siostry i innych ludzi – porównując jak zachowuje się w domu, a jak po za nim, wyrabiałem sobie swoje zdanie i budowałem swój obraz ojcostwa.
Jakie macie najwcześniejsze wspomnienie, dotyczące waszego rodzica?
Jesteście częścią czy może tylko obserwatorem scenki?
Ja patrząc na to trochę oczami dziecka, a trochę dzisiejszego rodzica, doszedłem do wniosku że właśnie w tamtym momencie, moje rodzicielstwo bierze swój początek.
Bo przecież ojciec to tylko jedna z ról jaką mamy w życiu.
Obok niej, funkcjonujemy równolegle jako; mąż, partner, pracownik, opiekun, przyjaciel, kuzyn, członek rodziny, czy wreszcie dziecko – wszak nawet ojciec jest czyimś dzieckiem.
To jak patrzyłem na swojego ojca, to gdzie był i co robił, dało mi punkt odniesienia.
Kiedyś wzór, potem kontrapunkt i przykład "Jaki nie chcę być", wrócił do miejsca gdzie był kiedyś - wzoru, chociaż nie idealizowanego.




Tym bardziej, kiedy patrzę na codzienne zachowanie moich synów, widzę jak wiele czerpią od tych których mają w zasięgu wzroku na co dzień :)

Z byciem ojcem jest trochę jak z przygodami głównego bohatera, w filmie "Efekt Motyla" który odkrywa że może się cofać w czasie i w ten sposób wpływać na swoją teraźniejszość ... Cały film jest ważną lekcją, że co prawda nie wszystko co robimy i co przeżywamy tworzy fundamentalne zmiany w naszym życiu, ale wszystko co przeżywamy, wpływa na nas w sposób często nieprzewidywalny, a jednak mający znaczenie.
Dlatego codzienne spacery, kąpiele niemowląt, nucenie piosenek, przytulanie oraz czytanie do snu - to drobne ziarenka, które składają się na końcowy obraz naszego rodzicielstwa i dzieciństwa naszych dzieci.
Gdzieś musi być pierwszy krok do rodzicielstwa - dla mnie Ojcostwa - i właśnie w dz
ieciństwie i relacjach z najbliższymi upatruję źródło.
A jak u was?
Przypomnieliście sobie te najwcześniejsze wspomnienia Waszych relacji z Ojcem?
Podzielcie się, jeśli chcecie.:)

sobota, 30 kwietnia 2016

Life czy biznes coaching

"Pewien coach spytał mnie niedawno po krótkim powitaniu:
- Ty zdaje się głównie zajmujesz się life coachingiem?
- Można tak powiedzieć - odezwałem się niepewnie i szybko dodałem: - A jakim coachingiem ty się zajmujesz?
 - Ja oczywiście biznesowym i executive coachingiem. Wiesz, chodzi o działania dla prezesów i zarządów na szeroką skalę - odparł z dumą.
 - A jakie tematy bierzesz najczęściej na warsztat? - dopytywałem się z zaciekawieniem.
- Wypalenie zawodowe, problemy z delegowaniem, przepracowanie, umiejętność godzenia życia zawodowego z osobistym. - Wymienił kilka najważniejszych i zwrócił się do mnie z podobnym pytaniem: - Nad jakimi tematami coachingowymi pracujesz najczęściej?
 - No cóż - odpowiedziałem. - U mnie rzeczywiście inaczej niż u ciebie, bardziej life coachingowo: wypalenie zawodowe, problemy z delegowaniem, przepracowanie, umiejętność godzenia życia zawodowego z osobistym...
Ten krótki, anegdotyczny dialog, pochodzi z książki „Coaching i mentoring w praktyce”. Przeprowadził go autor i mój mentor Maciej Bennewicz ze swoim znajomym. Ogromnie jednak przypomina mi wiele rozmów w których sama uczestniczę a które dotyczą rozumienia definicji life oraz biznes coachingu.

Grafika na podstawie –  ma_rish, platforma: Getty Images



O co więc chodzi z tym podziałem? 
Dla mnie osobiście najważniejszym wyróżnikiem jest nie tyle sprawa tematyki coachingu lecz kwestia płatnika. Najprościej rzecz ujmując, jeśli płatnikiem jest firma, to coaching będzie często nazywany biznesowym lub będzie miał w nazwie słowa takie jak executive, career. Jeśli płaci sam klient to wtedy najczęściej będziemy działania coachingowe nazywać life coachingiem lub coachingiem życiowym. W obydwu przypadkach możemy pracować nad tymi samymi tematami i używać tych samych narzędzi i ćwiczeń. 
Spytasz więc może, dlaczego więc ja proponuję w swojej ofercie „tylko” life coaching? 
Bo bardzo cenię sobie tę wolność jaką daje mi praca tylko i wyłącznie na celach samego klienta i brak konieczności respektowania celów płatnika. 
Zatem jeśli chcesz w życiu dokonać jakiejś zmiany, chcesz od życia więcej – więcej szczęścia, satysfakcji, poczucia bezpieczeństwa. Jeśli po prostu chcesz lepszego życia, czy to na niwie prywatnej czy zawodowej  to serdecznie zapraszam Cię do kontaktu. 

czwartek, 7 kwietnia 2016

Miłość, namiętność, .... a proza życia (recenzja filmu)


Im jestem starszy tym częściej łapię się na tym, że w oglądanym filmie, lub serialu odnajduję zapożyczenia, nawiązania, czy nawet uderzające podobieństwa, do tego co dzieje się w moim życiu czy w życiu znanych mi osób.
Takie czasy nastały - wszystko już gdzieś było, lub ktoś się na kimś wzoruje, albo na nowo podchodzi do dawnych tematów.
A jednak wciąż bywam zaskakiwany (oczywiście pozytywnie) tym, jak reżyser czy scenarzysta kolejnego obrazu z niby już wyeksploatowanego gatunku, przedstawia prozaiczne, codzienne problemy w sposób uniwersalny czy też porusza sprawy o których często się zwyczajnie nie mówi.
Wyobraźcie sobie moje zaskoczenie, gdy rozpocząłem oglądanie nowego naszego nabytku, w postaci filmu "Daje nam rok".
Kino brytyjskie, z kilkoma amerykańskimi aktorami na dokładkę, komedia romantyczna, więc gatunek tak często odtwarzany, że nie sposób zliczyć, niby co więcej można powiedzieć o dwójce ludzi?

Jak się okazuje - można!!
Trochę inaczej, z innym akcentem i z ciut innego punktem widzenia.
Bo nie zawsze jest idyllicznie, a wcześniej czy później wielka miłość zderzy się z codziennością i nadejdzie czas na skonfrontowanie się dotychczasowym obrazem drugiej osoby. Opuszczanie deski, wynoszenie śmieci, chrapanie lub specyficzne poczucie humoru, potrafi zatruć największą sielankę. Miłość, chociażby i wielka i bezbrzeżna - może zwyczajnie nie wystarczyć.
"Daje nam Rok" to komedia romantyczna która zdecydowanie bardziej idzie w stronę komedii niż romantyzmu. Portrety kilku par na różnych etapach związków pokazują niezły przekrój tak przez związki jak i przez plejadę charakterów, które się na te związki składają - potrzeby, wartości, cele czy marzenia. To wszystko ma ogromne znaczenie i często w "romantycznym porywie serce" zapominamy o tym, albo też zwyczajnie pamiętać nie chcemy.
Widzimy najróżniejsze stereotypy, jak chociażby najlepszy przyjaciel jednego z bohaterów, który brakiem taktu i wyczucia, oraz cechuje się niedbałym podejściem do kwestii osobistych i intymnych, czym wprawia w zakłopotanie wszystkich którzy mają z nim kontakt oraz psuje najbardziej wyjątkowe chwile swoimi "niewinnymi" żartami i komentarzami. Stronę kobiecą również reprezentuje kilka soczystych postaci, w których niewątpliwie spora część płci brzydkiej, odnajdzie swoje, byłe, obecne lub niedoszłe partnerki ... albo chociaż znajome. Ja kilka niemal natychmiast bezbłędnie zaklasyfikowałem :)
Wartość terapeutyczna obrazu?
Zbliża się weekend – łatwiej wiec będzie znaleźć czas by spojrzeć na temat związków z dystansem.
Nie oczekujcie wielkich poruszających serce, umysł i jestestwo scen które łatwo będzie cytować w memach.
Zauważycie być może jednak, jak dobre chęci potrafią skrzywdzić, a poświęcenie bywa gwoździem do trumny relacji z partnerem.



Recenzję (tym razem książki) znajdziesz także pod poniższym linkiem:

„Plan: Żyć długo i szczęśliwie” czyli amerykańska self made women w akcji

A w celu polepszenia Waszych relacji zapraszamy na:

Trening bliskości dla par

sobota, 19 marca 2016

Szczęśliwe albumy


Zamknij oczy i wyobraź sobie gorące, letnie popołudnie. Powietrze pachnie rozgrzanymi ziołami i faluje z upału. Przed Tobą pyszni się swoim eleganckim pięknem antyczna świątynia z kolumnadą. Słychać grające cykady i klimatyczną muzykę graną na duduku [1] na żywo przez miejscowego muzyka. Głębokie, miodowe dźwięki pieśni odbijają się od sklepienia świątyni i od okolicznych szczytów.

Patrzę i słucham zadziwiona, wzruszona, szczęśliwa i bezpieczna czując w dłoni dłoń mojego Ukochanego. Tak dla mnie właśnie wygląda szczęście. A właściwie jego wyjątkowo piękny okruch który pielęgnuję w sobie. To taka moja mała Arkadia którą w rzeczywistości jest wspomnienie świątyni Mitry w Armenii, w której byliśmy zeszłego lata.

Garni - świątynia Mitry w Armenii

To wspomnienie przywołał we mnie znaleziony na Facobooku film z artystą który dzięki swoim niezwykłym umiejętnościom wokalnym przywołał we mnie ten obraz. Wyśpiewał (?) nie tylko pieśń orientalnego śpiewaka i charakterystyczny, głęboki dźwięk duduka ale także lot spłoszonej ważki, wiatr a nawet cykady.
Poczułam od razu chęć, żeby podzielić się tym filmem z moim Partnerem. Żeby i on poczuł ten zachwyt i żeby zanurzył się w tym wspomnieniu. Chciałam poczuć to wakacyjne szczęście razem z nim.



Takie wspólne wspomnienia to jeden z naszych rytuałów bliskości. Zaczęliśmy to robić intuicyjnie. Zwyczajnie dlatego, że nas to cieszyło oraz czuliśmy się potem wzmocnieni w swoich uczuciach. Okazuje się jednak, że znajdujemy potwierdzenie skuteczności tej metody u profesjonalistów. Pisze o tym między innymi tacy specjaliści jak John Gottman z Gottman Institute.


A teraz kolej na Was

Siądźcie blisko siebie i otwórzcie Wasze szczęśliwe albumy. Te ze zdjęciami i te w sercu, i powspominajcie razem z Ukochanymi chwile szczęścia.
I co, czujecie się szczęśliwsi i bliżsi sobie?

Wiem, że tak.

Zróbcie sobie z tego taki mały rytuał bliskości. Bo nic tak nie pielęgnuje i nie wzmacnia bliskości jak wspólne przeżywanie szczęśliwych chwil. Nawet jeśli to tylko wspomnienie.





Rytuały bliskości znajdziesz też w poniższych wpisach:



Zapraszamy Cię też do skorzystania z naszej propozycji w zakresie wzmacniania bliskości:

Trening bliskości dla par





[1] Duduk  instrument dęty drewniany z podwójnym stroikiem, pochodzący z Armenii, wyrabiany zazwyczaj z drewna moreli. Ma ciepłe, nosowe brzmienie zbliżone do saksofonu. Więcej znajdziesz w Wikipedii.